Czy to trudny temat? Już nie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zdążyłam się z tym wszystkim pogodzić. Dializy to nie wyrok. Dzięki nim wróciłam do aktywnego życia! 

„Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.”
Maya Angelou

Wciąż podróżuję po świecie, ale teraz jako środek lokomocji wybieram samolot. Szkoda mi czasu na długie podróże, bo w trakcie pobytu muszę poddawać się zabiegom hemodializy. Moje ukochane Diaverum ma oddziały na całym świecie, a w ośrodku dializ zawsze pomogą z przygotowaniem dokumentacji medycznej. Żyję lepiej, niż przed dializami. Bo mam w końcu siły!

Zacznę od tego, że pierwszą dializę miałam 31 stycznia 2017 r., jednak problemy zaczęły się dużo wcześniej. Już w 1999 roku lekarz medycyny pracy zwraca uwagę na obecność białka w moczu:

"Teraz nic się nie dzieje, ale proszę coś z tym zrobić."
"Oczywiście."

Co zrobiłam? Absolutnie nic. Rzucona w wir pracy, nie myślę o zdrowiu. Owszem, czuję się różnie -  zazwyczaj źle, ale bez przesady, pracować trzeba.

Kilka lat później, w czasie pobytu w Niemczech bardzo bolą mnie plecy. Idę do lekarza. Każą mi natychmiast zrobić badanie moczu. Wyniki niepokojąco odbiegają od normy, więc dostaję skierowanie do nefrologa. Już w Polsce, nefrolog patrzy na moje wyniki badań, słucha co mówię i przez godzinę tłumaczy, że podwyższone parametry nerkowe wynikają prawdopodobnie z wyższej wagi ciała, a mam wyższą wagę, bo wyniki tarczycy są bardzo złe, więc tu leży przyczyna.

"Weźmie się pani za tarczycę, będzie pani zdrowa." To biorę się za tarczycę. W międzyczasie wciąż walczę z nadciśnieniem, niestety z różnym skutkiem. Mam wrażenie, że niektórzy patrzą na mnie jak na hipochondryczkę, która tylko wymyśla choroby.

Jest wrzesień 2016 roku. Lato się skończyło, a ja od czerwca nieustannie jestem przeziębiona. Kupuję kolejne specyfiki na grypę i usiłuję się leczyć. Jestem ciągle zmęczona, wręcz wyczerpana, wszystko mnie boli. Nie mam już sił na nic, poza pracą. Jem i śpię.

Mijają kolejne miesiące, a ja czuję się coraz gorzej. Od listopada właściwie nie pracuję (robię tylko coś zdalnie). Nogi bolą mnie od łydek w dół i bardzo dokucza mi zimno. Potrafię założyć na siebie kilka warstw ubrań i wciąż mieć dreszcze. Zaczynają się biegunki, które nie ustają tygodniami. Chudnę ponad 30 kg. Absolutnie nic mi nie smakuje. Nawet ulubiona czekolada. Drżą mi ręce. Oddycha mi się ciężko i zaczynam się dusić. Nie zrobię już bez zadyszki dwóch kroków. Wszystko mnie denerwuje, wszystko mnie swędzi... Biorę leki nasenne i na uspokojenie, bo ciągle wszyscy mi mówią, że to nerwica.

Z przyjściem świąt Bożego Narodzenia pojawia się niesamowity ból pleców, ale Pani Doktor mówi, że to kręgosłup i że zapewne nadwyrężyłam go sobie podczas świątecznych porządków. Dostaję receptę na dziewięć zastrzyków, bo antybiotyki brane jeden po drugim nie pomagają. Chodzę na te zastrzyki. Daję jakoś radę mimo, że jestem wykończona. Zaczynam myśleć, że nadchodzi mój koniec. Jeszcze o tym nie mówię..

31 stycznia 2017 roku. Wieczór. Czuję się bardzo źle, biorę więc tabletkę nasenną i kładę się spać. Wiem, że krzyczę przez sen i rzucam się na łóżku. Wstaję i idę do łazienki. Chcę umyć zęby, ale nie mogę włożyć szczoteczki do ust, bo mam szczękościsk. Idę powiedzieć bliskim o tym co się dzieje. Ale nie mogę…

W środku nocy karetka pogotowia ratunkowego zabiera mnie do szpitala.

Pobierają mi krew. Kiedy czekam na wyniki badania, podchodzi lekarz ze stertą papierów i mówi, że mam chore nerki - pracują w 3%. Muszę być dializowana. Jadę do innego szpitala. Trafiam na oddział i słyszę, że tak złych wyników nie widzieli od lat... To że żyję, to jakiś cud!

W ciągu pierwszych 48 godzin jestem jeszcze oszołomiona, mówię i robię głupie rzeczy. Organizm jest tak zatruty toksynami, że mój mózg nie działa poprawnie. Początkowo dializy odbywają się  codziennie i z czasem zaczynam czuć się coraz lepiej. Na nowo potrafię skorzystać z telefonu, proszę też o laptopa i zaczynam szukać informacji na temat dializ. Mam też szkolenia z tego co jeść i jak czytać wyniki badań. Postawili mnie na nogi. Po miesiącu biegam po piętrze o własnych siłach.

Jeśli myślisz, że dializa to wyrok … Nie! Dla mnie dializa to coś, co mnie uratowało. Ja dopiero teraz wiem co to znaczy żyć! Przy wypisie zapytano mnie jak się czuję? Powiedziałam, że lepiej nie czułam się od 10 lat. Cieszę się życiem i doceniam każdy dzień. Staram się nie żyć wyłącznie dializami, mam zawsze za mało czasu, a doba jest zbyt krótka. Uwielbiam sport, dlatego sporo jeżdżę na rowerze, a nawet ćwiczę na siłowni. Znajduję też czas na realizację pasji, jaką jest podcasting (odmiana radia internetowego [przyp.red.]) i nawet już na tym zarabiam. To bardzo motywuje.

Dializa zmienia życie, bo o wielu rzeczach trzeba pamiętać, ale jak wejdą w krew, jest łatwiej. Dializoterapia wyciągnęła mnie z głębokiej depresji. Dziś jestem optymistycznie nastawiona do świata. Chciałabym przytulić każdego pacjenta, który dopiero zaczyna przygodę z dializami, a w głowie ma tylko jedną myśl „To już koniec życia, nic dobrego już mnie nie czeka". Na szczęście jest inaczej!

W tej drodze towarzyszą mi wspaniali ludzie. Jedną z tych osób jest Pani Sylwia – Pielęgniarka Zarządzająca w moim ośrodku dializ. To osoba, która sama wychodzi z inicjatywą pomocy. Potrafi spokojnie wszystko wyjaśnić, słucha, a tam gdzie może - reaguje. I ma wiedzę, którą chętnie się dzieli. Życzę każdemu, by był otoczony taką troską. Jestem naprawdę dużą szczęściarą, że trafiłam na takie perły.

Magdalena
Pacjentka NZOZ Diaverum w Gdyni

Ostatnie artykuły

Troskliwa opieka

"Obiektyw Medyczny" dla Diaverum Polska

Personel medyczny

Historia dializoterapii

Edukacja

Dieta wspomagająca nerki